No właśnie, to jest
promyk nadziei. Dzisiaj pojechałam na oddział chemioterapii na spotkanie (
wcześniej było planowane)z tamtejszą panią dr . Wyczekałam się na korytarzu aż
przyjdzie z konsultacji, no i przyszła, długie czekanie z duszą na ramieniu , wielkim strachem i
smutkiem , obrzydzeniem przed zaplanowanymi chemiami , których miało być 12 -
co tydzień . Katastrofa! Trzy miesiące rzygania i cierpienia nie wyobrażalnego
dla zdrowego człowieka, leżenia w łóżku, smrodu każdej rzeczy , kuchni ,
wypranego prania , wszystkiego co ma jakikolwiek zapach. Spuchniętego brzucha,
że nawet prześcieradło uraża , mdłości i dławienia przy każdym ruchu , bólu
żołądka chcącego wyskoczyć przez gardło. Tak właśnie się działo cztery lata
temu.
Wreszcie weszłam,
przede mną Pani dr poprawiająca makijaż przed lusterkiem, pudrująca twarz i
okrutnie zdziwiona co ja u niej robię i mam w ogóle czelność coś chcieć .
Pyta
- a pani??????
- miałam się zgłosić
dzisiaj na 13:40 po konsultacjach
- jak nazwisko
Przedstawiłam się i
kontynuowałam.
-kazała mi Pani
zrobić badania 10 w poniedziałek i
dzisiaj się zgłosić z wynikami.
-a gdzie kartoteka?
-nie wiem, przyszłam
jak mi Pani kazała , jestem z przerzutami do kości.
Po czym ona na mnie wyskoczyła :
-tutaj jest ponad dwieście pacjentów z przerzutami.
Tragedia , nie mogła
znaleźć wyników , twierdziła , że są w poradni. Odesłała mnie z karteczką po
kartotekę , kupony i wyniki. Szczyt poszanowania pacjenta. Obcesowość i rutyna,
traktowanie pacjentów z buta. I znowu od drzwi do drzwi , w poradni wyników też
brak, miła pielęgniarka informuje mnie żebym poszła do laboratorium po odpis.
Godzina 15 a ja jak głupek chodzę i
proszę , panie chcą już iść do domu ale pomagają jak mogą.
W końcu po wielu
narzekaniach przed inną czekającą pielęgniarką ,która stwierdza , że w ogóle
lekarzom nie zależy a dzięki nam pacjentom żyją.
I znowu wchodzę do
Pani dr , która ogląda wyniki i stwierdza
- chemii Pani nie
dam, bo po co, żeby szpik kostny uszkodzić? Morfologię ma Pani lepszą ode mnie,
kreatyninę dobrą, markery dobre, organy zdrowe, płuca czyste. Jest Pani ponad
trzy lata po operacji , po chemioterapii, ponad trzy lata nie miesiączkuje Pani
i nie ma sensu Pani truć.
Zmieniła mi hormony ,
mam brać przepisane przez Panią ordynator wlewy wapna dożylne i za 8 tygodni
powtórzyć tomograf żeby zobaczyć jak się wchłonęły zmiany.
I to jest mój promyk
nadziei, że nie muszę cierpieć skutków
chemioterapii, że mogę psychicznie odpocząć i mogę się nie bać. Psychicznie
wysiadałam , nie mogłam wszystkiego powiedzieć mamie dopóki się nie upewniłam
na czym stoję. Przecież zawsze jest jakieś światełko w tunelu, które rozjaśni
wszystko.
A prognoza była taka
- może Pani Żyć 4-5
lat , kilka miesięcy w zależności jak postępuje choroba.
Wielki dół psychiczny
, rozpacz i płacz , którego nie mogę pokazać w domu, przed mamą i dziećmi
I wiadomość , że
muszę mieć chemię. Wyniki badań tomografy stwierdzające przerzuty do kości
kręgosłupa- 5 kręgów , kość krzyżowa , biodrowa i ósme żebro . Na domiar złego
zagrożenie złamaniem kompresyjnym kręgosłupa z powodu złamanych jakichś płytek
w kręgosłupie.
Potem rezonans
potwierdzający i jeszcze uzupełniający jeszcze o dwa następne kręgi.
Jak ma myśleć kobieta , która ma jeszcze nieletnie dzieci w
wieku szkolnym , a najmłodszy Syn ma 9 lat?
Totalne załamanie! Nie wiem ile nocy przepłakałam i nadal płaczę bo się
boję, że nie będę żyć długo z takimi rozległymi zmianami. Najważniejsze to ogromne wsparcie w pracy ,w biurze , moich koleżanek , byłej nauczycielki
Alinki. Tylko mąż przeszedł nad tym bez echa , wygląda jakby się nawet cieszył.
Zero komentarza , zero reakcji na moje nocne wycie jak mi nerwy puściły. Tylko
syn ze mną płakał i się martwił . Wiedział
wszystko jako pierwszy. Później gdy powiedziałam córce, że musze mieć chemię,
strasznie płakała. Przytuliła się do mnie i powiedziałam jej żeby nie płakała,
że wszystko jest do wyleczenia , tylko trzeba walczyć.
Może mój mąż robi to,
co ja zrobiłam, ale nie mogłam inaczej postąpić – też mam swoją dumę.